Co łączy pedofilów, paparazzi i zboczeńców…

1.jpg

Co łączy pedofilów, paparazzi i zboczeńców…


Dziś spotkała mnie „ciekawa” przygoda, którą pokrótce opiszę, a która to sprawiła, że postanowiłem nie podawać ręki grupom parchów wymienionych w tytule felietonu.

Tytułem wstępu, bo jakoś nigdy o tym publicznie nie pisałem, moja narzeczona jest aktorką. Obecnie już raczej na zawodowej emeryturze. Wiecie, ciąża dziecko te sprawy, a jeśli nie na emeryturze, to przynajmniej na długim urlopie. Można śmiało powiedzieć, że z racji wykonywanego zawodu ludzie ją rozpoznają, co ma najróżniejsze konsekwencje. Od przyjemnych, do absolutnie nieprzyjemnych. Dopóki nie związałem się z Olgą, ze światem aktorskim łączyło mnie tyle rzeczy, co Krystynę Pawłowicz ze zdrowym rozsądkiem i klasą. Czyli kawa na ławę - niewiele. Ledwo odróżniałem Bogusława Lindę od Cezarego Pazury. I to tylko pod warunkiem, że pierwszy miał na sobie kurtkę w której występował Franz Mauer w „Psach”, a drugi wdział mundur policjanta z „13 posterunku”. Jeśli pozbawiłbyś ich tych atrybutów, nie rozpoznałbym ich tak jak Krystyna Pawłowicz nie rozpoznałaby klasy i zdrowego rozsądku, nawet gdyby te wpadły na nią z impetem w sejmowym korytarzu. Przyczyn mojej filmowej ignorancji jest wiele, ale najważniejsza jest taka - nie oglądam TV. Od lat przynajmniej dwudziestu, a może i więcej.

W związku z tym moja wiedza na temat tego co słychać w wielkim świecie, jak tam się żyje i porusza, nie była zbyt rozległa. Prawdę mówiąc jak zaczynałem randkować z Olgą do głowy mi nie przyszło, że tak szybko i brutalnie dowiem się na czym show biznes jest zbudowany. A jest zbudowany na plotce i bywaniu. Z drugim możesz sobie poradzić i nie bywać. Olać rauty, ścianki, pokazy, premiery i nie chadzać po czerwonych dywanach. Zrobione! Na pierwsze niestety nie masz wpływu, bo ludzie pragną plotek, a jak jest popyt, to jest i podaż. I tu dochodzimy do sedna dzisiejszej sprawy. Paparazzi czy zboczeńcy?

Gdy pierwszy raz zrobili nam zdjęcia jak jesteśmy na randce w parku, Olga przyszła do klubu ze łzami w oczach, bo się bała, że ją z tego powodu zostawię. Nie zostawiłem, ale faktycznie „Życie na gorąco” to nie była prasa w której chciałbym być pokazywany, a jeśli już to wolałbym realizować tam jakiś pożyteczny cel. Taka myśl przyświeca mi bowiem w moich wystąpieniach medialnych, albo reklamuje sport, albo mówię o kampaniach społecznych, albo o ideach czy wizerunku. Bywałem obecny w mediach, ale raczej jako trener, sportowiec, wegetarianin reklamujący dietę bezmięsną czy ambasador kampanii społecznych. Ten pierwszy raz kiedy zobaczyłem swoje zdjęcia z wypixelowaną twarzą w jakieś ścierze, to było uczucie głębokiego zażenowania. Zastanawiałem się jakim prawem można robić komuś zdjęcia z ukrycia, kiedy on przytula i całuje w parku ukochaną osobę. W głowie mi się to nie mieściło, a wcześniej wydawało mi się to być zjawiskiem z innej planety. Tak poznałem zjawisko paparazzi na własnej skórze.

Mimo tej i podobnych sytuacji uważałem, że Olga ma paranoję gdy co jakiś czas raportowała mi, że ktoś znowu ją śledził i - „ona już sama nie wie, czy to paparuchy czy jakiś zbok”. Od kilku miesięcy temat się nasilał, ale bagatelizowałem to, bo myślałem, że to przez hormony w ciąży. Co chwilę słyszałem: ktoś za nią szedł w lesie jak była na spacerze, ktoś jechał za nią do domu, ktoś się chował po krzakach jak poszła wysikać wieczorem psy, ktoś chodził z nią na zakupach, ktoś zaglądał do ogrodu jak była sama w domu, a nawet ktoś śledził ją jak pojechała nad morze z siostrzenicami… Wiecie to nie jest normalne, że idziesz sam w ciemnym lesie i czujesz, że ktoś Cię śledzi. Ja to rozumiem. Nie wiadomo: gwałciciel, paparazzi, złodziej czy po prostu jakiś psychol z porytym beretem. Na bank nie wpływało to dobrze na jej poczucie bezpieczeństwa w ciąży. Czułem, że powinienem jakoś zareagować, ale tak zupełnie serio to myślałem, że Olga ma omamy. Do dziś.

Dziś jak zwykle wyszła na spacer z dzieckiem. Zadzwoniła do mnie po chwili, że znowu jakiś typ ją śledzi i chowa się po krzakach. Myślę sobie - nareszcie! Czas obalić te odwieczne mity i śledzących ją wariatów włożyć miedzy bajki. Co jest lepszego niż naoczne udowodnienie, że w mitycznych krzakach nikogo nie ma? Nic! Z takim oto przeświadczeniem wskoczyłem ochoczo na rower i w minutę byłem obok mojej narzeczonej na osiedlowej uliczce. Dojeżdżam do niej rozglądając się czujnie. Nikogo nie ma. Stoi tylko Ona i wózek. I już mam strzelić tyradę o paranoi, gwiazdorzeniu, celebrytach i robieniu rabanu o nic, aż Olga do mnie mówi szeptem. Stoi za Tobą w krzakach za skrzyżowaniem. Oglądam się i rzeczywiście. Obok gęstych krzaczorów które zwykle miejscowe lumpety odwiedzają w celach alkoholowo-konsumpcyjnych i defekacyjnych, wierci się dziwny gość. Zapina ubranie i się na nas patrzy. We mnie jakby demon wstąpił. Zawracam rower, a on jak dostrzegł, że też go zobaczyłem, odwrócił się i próbował dać dyla. Jednak już po kilku krokach zorientował się, że wyścigu z rowerem nie ma szans i przystanął.

Ruszyłem na niego jak jastrząb na gołębia. Gość ewidentnie coś miał na sumeniu, a widocznie mój wyraz twarzy zwiastował nadchodzące błyskawicznie nieliche kłopoty, bo od razu zaczął wołać z daleka: „dogadajmy się! pogadajmy jak ludzie! dogadajmy się!”. Gdy do niego dojechałem, zapinał ubranie i chował coś w plecaku. Kątem oka zobaczyłem aparat. I wrzeszczę do niego „kasuj kurwa zdjęcia pedofilu!!!”. A on, że niby nie jest pedofilem. A ja: „jak nie jesteś skoro ryj masz zboczeńca, od miesięcy śledzisz moją narzeczoną i robisz jej zdjęcia nawet teraz z małym dzieckiem. Po co to robisz?!?” W tym momencie doszła do nas moja narzeczona, wyciągnęła telefon i zaczęła gościa nagrywać (ja też próbowałem, ale byłem tak wkurwiony, że z mojego nagrania dobry jest tylko głos). Zwyrol z krzaków próbował chować twarz odwracać się i generalnie uciec. Ale pacjent nie wiedział z kim tańczy.

Odesłałem Olgę do domu, a sam rowerem na spokojnie dogoniłem gagatka. Na mój widok wyciągnął telefon i zadzwonił na policję i mówi: że on idzie sobie spokojnie ulicą, a tu jakiś gość jedzie na rowerze i (uwaga najlepsze!!!) go śledzi. Zatrzymałem go i mówię, to sobie poczekamy na policję. Ten się wije i wykręca próbuje mnie udobruchać, namawia na dyskusje, że przecież nic złego nie zrobił, że taką ma pracę, żebyśmy się dogadali, a tak skonstruowany jest świat, że śledzi się kobiety w ciąży i matki z dziećmi kryjąc się po krzakach. Powiedziałem mu tylko tyle, że nie jest dla mnie partnerem do dyskusji i z takimi śmieciami nie gadam. Mija dość długi czas i zorientowałem się, że ten cwaniak nie wezwał policji, tylko chciał mnie przestraszyć, żebym go nie połamał w jakimś szale i gra na zwłokę żebym go wypuścił znudzony bezcelowym oczekiwaniem. Niestety nie przewidział jednego. Wyciągnąłem telefon i sam zadzwoniłem po policje. Pyta mnie, czy da mi to satysfakcje, że przyjedzie policja. Ja mu prosto z postu, że największą to by mi dało, jakbym sam mu wymierzył sprawiedliwość i go połamał i niech się cieszy, że teraz skończy się jedynie na policji. Patrol przyjechał od razu po moim telefonie. Spisali go i powiedzieli, że jak wniosę skargę to udostępnią jego dane do sprawy sądowej. Spisałem sobie nazwisko funkcjonariusza i zrobiłem zdjęcie radiowozu. Tak na wszelki wypadek, do sądu.

A odpowiedź na pytanie z tytułu jest prosta. Pedofila, paparazzi i zboczeńca łączy to, że wszyscy siedzą ukryci w krzakach, nie mają legitymacji prasowej i robią zdjęcia. A przyłapani próbują uciekać i zasłaniają twarz….

I najważniejsze. Nie obchodzi mnie czy jesteś paparazzi, czy po prostu zwykłym zbokiem i jarasz się dręczeniem, śledzeniem i podglądaniem kobiet czy dzieci. Mam to gdzieś. Ja jestem z innego świata, świata w którym nikt nie pozwala dręczyć swoich bliskich tylko dlatego, że ty ponoć chcesz sprzedać jakimś szmatławcom zdjęcia. Jeśli jeszcze raz zobaczę cię w okolicy mojego domu, jak znowu śledzisz po nocach moją narzeczoną, to cię złapię, zwiąże twoim paskiem, zadzwonię ponownie na policję i zjedziesz na areszt za nękanie. Tam nie lubią takich którzy nie wiadomo po co robią zdjęcia małym dzieciom. No chyba, że nie wytrzymam nerwowo, bo nawet świętemu w takiej sytuacji by puściły nerwy, wtedy nie będę nigdzie dzwonił. Po prostu sobie sami pogadamy i wszystko wyjaśnimy. Nie pozdrawiam.

Grzegorz Sobieszek