„Królestwo” Szczepana Twardocha i książki pisane tylko dla piniendzy.

1.jpg

Czy Szczepan będzie mi podawał rękę?

O tej książce nie będzie mi łatwo pisać, a to dlatego, że jakiś czas temu poznałem autora. Gdzieś tam się przecięły nasze drogi życiowe, a pisanie o czymś, co stworzył znajomy, zawsze jest obarczone ryzykiem. Pochwalisz = niewiarygodne kumoterstwo. Zganisz = ręki Ci uchybi przy następnym powitaniu i szast prast tracisz znajomego. Na szczęście z pomocą przyszła mi moja koleżanka, która widząc na moim instastories, że zakupiłem „Królestwo” (na razie tylko takie królestwa mogę nabywać, ale mam w planach to niebawem zmienić ;) ) zapytała mnie czy już przeczytałem „nowego Twardocha” i jakie mam zdanie. Ja, że jeszcze nie, bo kolejka do czytania dość długa. Ona do mnie, że w sumie to „Król” lepszy, ale rozumie, że Twardoch potrzebował pieniędzy… I tu docieramy do sedna tego wpisu.

Boruta i inne demony.

Czy Twardoch potrzebował pieniędzy i czy motywacja do pracy powinna wpływać na ocenę wytworu, czyli w tym wypadku lektury z różową okładką. Osobiście mam nadzieję, że Szczepan nie napisał tej książki dla pieniędzy tylko dla satysfakcji, albowiem życzę mu (jak zresztą wszystkim swoim bliższym i dalszym kolegom) aby tych pieniędzy już teraz miał w bród i nie potrzebował więcej. Jeśli oczywiście ich chce i potrzebuje. Gdyby się jednak tak okazało, że autor zupełnie przypadkowo i przez czyjeś niedopatrzenie, nie osiągnął jeszcze statusu krezusa, to i tak mam w nosie, czy stworzył dzieło dla pieniędzy, dla sławy, czy też może ku chwale demona o imieniu Boruta. Stoję bowiem na straży poglądu, że dla nas czytelników liczy się wyłącznie finalne dzieło.

Skórowanie ludzi w piwnicy.

Jeżeli bowiem proces twórczy przebiegał bez naruszenia podstawowych społecznych norm, to znaczy autor nie skórował w swojej piwniczce z zacisznych Plichowicach nikogo, nie grzebał ludzi żywcem w kamienicy na potrzeby literatury, nie głodził i generalnie robił to co robią pisarze, czyli po prostu pisał, to do sześciuset sześćdziesięciu sześciu rogatych diabłów, co za różnica z jakiego powodu książka powstała, jeśli jest dobra? Przecież dzieło należy oceniać tylko po nim samym, a nie po nazwisku twórcy i częstokroć pogmatwanych motywacjach jego. Wiem, w Polsce może to brzmieć jak bluźnierstwo, ale tak - dla oceny dzieła nieważne są motywacje i nazwisko twórcy. Moim zdaniem.

Literat jak mechanik, czyli mechanizm prosty jak program wyborczy JKM.

Inaczej bowiem, podwójne standardy. Czy przychodząc do mechanika i odbierając auto, jego robotę komentujesz słowami: „nie jest źle, ale zrobiłeś to tylko dla pieniędzy ujebany smarem oszuście”. Czy robotę protetyka kwitujesz: „niby działa, niby ok, ale zrobiłeś to tylko dla kasy znachorze w białym kitlu”. No kurwa jasne, że nie. Z jakiego powodu mieli bowiem pracować? Dla dobrego słowa i lajków? Czy dla samej satysfakcji, że działa ci fura i szczęka nie wypada z zawiasów? Dlaczego artystów (przepraszam Szczepan, to tylko na potrzeby tego wpisu) mają obowiazywać inne kryteria niż wspomnianych majstrów? Czy muzyk nie może stworzyć dobrej piosenki, „nagranej tylko dla pieniędzy”? Czy fotografa, pisarza, aktora, malarza obowiązują inne zasady otrzymywania wynagrodzeń za robotę? Lepiej żeby głodowali i snuli się po kawiarniach jak cienie w podartych jesionkach, bo tak społeczeństwo widzi „prawdziwego człowieka kultury”? Litości.

Esencja.

Fakt trochę się rozwlekłem, a przecież o książce miałem pisać. Już się biorę do roboty. Książkę przeczytać warto. Bardzo*

10/10

*Nie dotyczy tych co nie przeczytali „Króla”. Ci zanim sięgną po opisywaną lekturę, niech nadrobią braki, bo warto. Bardzo.