Kolumbowie Muay Thai, czyli co mnie wkurwia u białych w Tajlandii, Bangkok 2016

W ten weekend zakończyliśmy z Karolem Grygorukiem projekt fotograficzny w Bangkoku. Był to główny motor napędowy mojej aktualnej podróży do Tajlandii. Efekty naszych przygód, treningów i włóczęgostw po Bangkoku ukażą sie w magazynie Vice.

Generalnie założenie było proste- pokazać w fotoreportażu i krótkim tekście realia trenowania i funkcjonowania boksu tajskiego. Oczywiście interesowała nas prawda, a nie tania sensacja dla turystów. Dlatego odwiedziliśmy skrajnie różne Gymy, tak jak skrajnie różne jest MT w Tajlandii. Od tych najbardziej dostępnych dla białych, ale wciąż prawdziwych jak Sor Vorapin czy Seanchai Gym, do tych zagubionych w slumsach China Town jak Chuwattana. Świadomie i z premedytacją ominęliśmy kluby w których nie ma żadnych zawodników, a są nastawione na komercyjnego turyste który znudzony zwiedzaniem świątyń chce sobie pouderzać w worek. I jeszcze do tego uderza koślawo 😜

Byłem w tym projekcie człowiekiem o wielu zadaniach: przewodnikiem który wyjaśniał kontekst społeczno kulturowy Muay Thai, objaśniałem reguły rzadzące tym sportem w wymiarze międzynarodowym i na ile potrafiłem regionalnym, negocjatorem w gymach (najlepsze negocjacje były wtedy gdzie nikt nie mówił słowa po angielsku 😂), osobistym komentatorem na galach, modelem na którym tajscy trenerzy udowadniali przed kamerą że są wstanie zajebać dowolnego białasa na tarczach pao raptem w 20 minut... To wszystko dokumentował Karol na analogowych kliszach i zapewniał mnie, że nie chce na fotografiach jakoś specjalnie epatować syfem czy wszechobecną biedą. No nie wiem czy mu się to uda, biorąc pod uwagę fakt, że niektóre Gymy były położone w malowniczych slamsach ze szczurami wielkości małych kotów 🐭 🐱 Efektów wizualnych projektu sam jestem ciekawy 😊

Ogólnie ta włóczęga po Bangkoku (średnio robiliśmy po 20km dziennie pieszo, plus taksówki, skutery, metro, łodzie) zmusiła mnie do wielu gorzkich czasami refleksji na temat tajskich gymów, kasy, trenerów i postrzegania tego skomplikowanego świata przez Europejczyków. Miałem czas więc patrzyłem i rozmyślałem. Obserwuje w wielu rozmowach moich fighterskich znajomych trend na snobowanie sie- "ja trenowałem w Tajlandii, ale w gymie w którym nie trenują biali tylko Tajowie, byłem tam pierwszym białym w historii klubu" lub "Griszka ty tyle jeździsz do tej Tajlandii, weź poleć mi Gym, ale taki wiesz dla lokalsów", "jebać kluby w których trenują biali/założone przez białych, tam liczy sie tylko kasa, a ja chce trenować prawdziwe MT, w klubach dla Tajów". Zastanawia mnie to bezrozumne dążenie i chęć czucia się wyjątkowym z powodu trenowania w gymie rzekomo(!) tylko dla Tajów.

Ustalmy więc kilka faktów:
1. Język. W gymie dla lokalsów praktycznie nikt (powtórze NIKT) nie mówi po angielsku. Jak więc chcesz ziomeczku drogi zgłębiać techniki czy poznawać niuanse MT, skoro trener maksymalnie(!) umie policzyć do pięciu po angielsku i powiedzieć "kick"? W tym gymie spotkasz zawodników którzy trenują od dzieciaka. Trener ich nie musi uczyć techniki, bo oni ją znają! On robi im zdrowie czyli kondycje, tarczuje, ustala taktykę, dogląda sparingów i pilnuje jeżdżąc za nimi na skuterze żeby nie oszukiwali podczas biegania 😃 Oczywiście znam zawodników którzy długo trenowali w takich miejscach, ale nie wspominają tego miło- zapytajcie Bartka Batry. Fajnie jest sie czasem do kogoś odezwać w europejskiej mowie, a tajska język trudna język.
2. Kolumbowie Muay Thai. Odwiedziłem w Tajlandii pewnie z kilkadziesiąt gymów. Nie we wszystkich trenowałem oczywiście, ale z różnych powodów je odwiedziłem. I nie spotkałem jeszcze Gymu w którym byłbym pierwszym białym! Więc szanse, że będziesz Kolumbem boksu tajskiego są znikome przyjacielu 😊 Tak, nie będzie się miał czym pochwalić wśród znajomych i nie zbierzesz lajków na FB. Sory dzięki. Dopuszczam do siebie myśl, że mogłem gdzieś natrafić na taki gym na wiosce w górach, ale wtedy i tak o tym bym nie wiedział, bo zwykle nikt w nich nie mówił po angielsku nawet jednego słowa...😊
3. Warunki. Jak bumerang powraca temat warunków w jakich musisz żyć i do jakich jesteś przyzwyczajony żyć i trenować w Polsce. Pal licho jeśli trenujesz pod wiatą i mata czy ring nie były myte od czasu powstania klubu. Najwyżej złapiesz grzyba czy innego parcha i dostaniesz w aptece sterydy na to bez recepty, ale czy naprawde chciałbyś spać w miejscu gdzie dla szczurów jesteś gościem, a one są u siebie? Bez klimy, kibla i bieżącej wody? Te najbardziej malownicze gymy jakie określalibyśmy mianem "prawdziwych i tajskich" położone są właśnie w takich slamsach. Ew. na wioskach w górach (np w okolicach Chang Mai) gdzie poza treningami na ringu biegają kury i ganiające je psy. <-----widziane na własne oczy. Więc doceń Gym w którym jest prysznic, a ring jest czysty i bez grzyba 🍄
4. Trenerzy. Twój rozwój, zwłaszcza jeśli nie jesteś jeszcze dobrze technicznie ułożonym zawodnikiem, zależy od trenera. Od tego czy mu sie chce, od tego czy cie lubi, od tego czy ma z ciebie kase i jeszcze raz od tego czy mu sie chce. Tajowie są raczej leniwi, więc jak trener nic z ciebie nie ma to zapomnij, że sie do ciebie przyłoży. Dobrego/złego trenera możesz spotkać zarówno w fabryce MT (tak krytykowanym przeze mnie Tiger MT) jak i w malutkim klubiku w wiosce w górach. I to od tego zależy tak naprawde twój rozwój- czy komuś sie chce ci pomóc i pokazać ci to czego w gymach uczy sie dzieciaki i młodzież na początku. Wiadomo zawodnicy potrzebują jeszcze dobrych sparingpartnerów, a tych nie ma wszędzie i generalnie zawodnicy to inna para kaloszy. Czym innym jest robić formę na walkę, a czym innym uczyć sie MT. Dlatego nie zawsze ten sam Gym będzie dobry dla dwóch różnych osób, to kwestia indywidualnych potrzeb.
5. Kasa. Moja teza jest taka, że gdyby nie pieniądze z białasów to Muay Thai już dawno by zostało zdegradowane do roli sportu skansenowego. Tak jak ma to miejsce w krajach ościennych z których każdy ma w zasadzie podobny sport walki. Test- kto z was słyszał o birmańskim lethwei? No właśnie. Na trybunach stadionów podczas gal nie widzi sie już tajskiej młodzieży. Widzi sie starych dziadków. Są bliźniaczo podobni do tych których można zobaczyć na warszawskich konnych wyścigach na Służewcu. Tak samo jak oni mają swoje typy, swoje informacje i branżową gazetę, stawiają pieniądze i złorzeczą jak im nie pójdzie. Młodzi wolą piłkę nożną i jaraja się popkulturą zachodu. Bilet dla Taja na stadion kosztuje 3 razy mniej niż dla obcokrajowca, a i tak to nie pomaga sciągnąć na trybuny młodzieży. Idąc spacerkiem przez dowolne tajskie miasto zobaczcie kto ogląda gale MT w tych brudnych małych telewizorach na poboczu dróg. Taksówkarze, sklepikarze i biedota ze slamsów. W drogiej kawiarni w centrum handlowym leci piłka nożna albo MTV 😞 Dlatego mając to wszystko z tyłu głowy irytuje mnie bezmyślna krytyka inwestowania kasy w MT. "Jebać wielkie kluby, po chuj ci Angole otwierają gymy, niech zostawią to Tajom". A moim zdaniem niech powstają wielkie komercyjne kluby, niech przyjeżdzają masowo do nich biali i niech zostawiają tu swoje pieniądze. Nie jaram się tym bardzo, ale dostrzegam w tym potencjał dla mniejszych gymów tych bez wsparcia kapitału z USA czy Australii. Na obrzeżach takich wielkich korpo biznesów zawsze znajdzie sie miejsce dla małych tradycyjnych klubów w których możesz poćwiczyć na dobrym poziomie i nie w towarzystwie nadzianych hajsem bogaczy którym sie "wszystko należy". Tak np. jest w Chalong na Phuket- są fabryki bez klimatu i są małe kluby. Jestem zwolennikiem symbiozy, bo jeśli biała kasa przestanie do Tajlandii płynąć, to z lokalną tradycją boksu tajskiego może być naprawde krucho. Więc zamiast krytykować "białasów co we frotkach udają, że ćwiczą boks tajski" cieszmy sie, że dokładają swoją cegiełkę do tego, żeby boks tajski przetrwał w tej formie w jakiej go znamy. Wtedy być może jeszcze kilka lat będziemy mogli podziwiać prawdziwe "old schoolowe" gymy. Inaczej one po prostu umrą lub staną sie skansenem jak nasze ludowe "Mazowsze" i "Cepelia".

Ps1 Na zdjęciu po treningu w jednym z gymów w slamsach Bangkoku. Nikt słowa po angielsku, pociąg przejeżdża regularnie metr od lin ringu, brud syf i uśmiechnięte mordeczki lokalsów. Tak tak, jestę Kolumbę 😜😜😜
Ps2 Dziękuje Karolowi za zaproszenie do projektu i wszystkim swoim sponsorom za umożliwienie realizowania marzeń. Academia Gorila, Giełda Minerałów i Biżuterii., KOKA, Reebok

1.jpg
podroze, sportGrzegorz Sobieszek