Tajlandia 2014 - Koh Samui - vol. 2

Zbliża się koniec naszego tygodniowego pobytu na Koh Samui i jednocześnie zamykamy trzeci tydzień pobytu w Tajlandii. Czas na podsumowanie ostatniego tygodnia. Tak jak pisałem wcześniej zamieniliśmy fighterski Phuket na spokojną wyspę Koh Samui. Jest to trzecia co do wielkości wyspa w Tajlandii, ale można ją objechać skuterem w dwie i pół godziny. Powierzchnia 280km2 w większości pokryta lasami równikowymi i górami. Na wyspie jest wiele turystycznych miejscowości, ale życie nocne poza kilkoma miejscowościami praktycznie nie istnieje. Dlatego trafiają tu głownie emeryci i rodziny z dziećmi. Francuzi, Rosjanie, Szwedzi, Niemcy, Australijczycy, Koreańczycy, Amerykanie, Anglicy... Przyciągają ich: cudowne plaże, słońce, spokój, niskie ceny, smaczne jedzenie i hotele z bezpośrednim dostępem do morza. Nas na Koh Samui przyciągnęło coś innego, jeden z najbardziej znanych w Tajlandii gymów- Lamai Muaythai Camp. LMC jest położony 300m od morza w miejscowości Lamai. To mały gym z dwoma ringami, sklepikiem, dwoma matami i siłownią. Klimat w klubie jest zajebisty, trenerzy uśmiechnięci i zachowują się normalnie nie jak gwiazdorzy. Na tym tle Tiger Gym z Phuket wypada bardzo blado, wręcz chujowo. Kontrast widoczny gołym okiem. Obok LMC są kwatery dla zawodników i knajpa z jedzeniem dostosowanym pod nich. Trenerów jest dziesięciu i wszyscy biorą udział w prowadzeniu jednego grupowego treningu. Grupa jest dzielona na początkujących i zaawansowanych, każda ćwiczy na innej sali. Klub jest pod patronatem WMC ( światowa organizacja MT zawodowców) dlatego odwiedzają go tuzy fighterskiego świata. Na treningach grupowych i indywidualnych się roi od zawodników przygotowujących się do walki w Tajlandii albo gdzieś daleko u siebie. Jest tu oczywiście cały świat. Oprocz zawodników są pasjonaci MT którzy na urlopie robią dwa czy trzy treningi. Są też lamusy które myślą, że robiąc trzy treningi podczas tygodniowych wakacji staną się wielkimi wojownikami 😜 Każdy ma swoje miejsce w tym skomplikowanym tajskim łańcuchu pokarmowym. Zawodnicy dbają o prestiż klubu, z reguły ćwiczą za free ale dzielą się zyskiem ze swoich walk w Tajlandii. Lwia część kasy idzie dla Gymu i trenerów. Walki bardzo często odbywają się na małym lokalnym stadionie w miejscowości Chaweng. Pasjonaci MT którzy często po prostu są zawodnikami na roztrenowaniu czy emeryturze sprawiają, że zawodnicy mają z kim robić i sparować. Lamusy i po prostu utrzymują klub i kupują dużo fighterskich koszulek... 😊 Co dziwne (jak na Tajlandię) trenerzy w Lamai wszystkich traktują tak samo, niezależnie kim jesteś to dostajesz tyle samo trenerskiej uwagi na grupowym treningu. Dlatego jeśli masz kasę to warto brać indywidualne lekcje. Za trening 1 na 1 z trenerem płaci się 100pln. Oczywiście żeby z niego w pełni skorzystać i pieniędzy nie marnować należy wiedzieć co się chce robić lub umieć zadawać odpowiednie pytania. Tego podejścia nauczyłem się kiedyś od pewnej mądrej głowy która zrobiła w życiu sporo prywatnych treningów. KMWTW 😜 Inaczej sprawa wygląda gdy trener prowadzi cie przez rok i wtedy należy mu zaufać, że wie co robi, ale gdy trenujesz gdzieś gościnnie należy umieć zadać właściwe pytania. Pytania te powstawały w mojej głowie przez ostatni rok. Od ostaniej wizyty w Tajlandii minęło sporo czasu i sporo się wydarzyło. Seminaria z Kulebinem i Bulatem sprawiły, że spotkałem się z zupełnie inną szkołą MT. Jako trener poświęciłem sporo czasu na analizę, bo w wielu sprawach szkoły białoruska i tajska się różnią. Próbowałem uzyskać łatwe odpowiedzi na trudne pytania podczas treningów indywidualnych, ale niestety nie jest to takie proste. Często nawet w tym samym gymie każdy trener (prywatki brałem z wszystkimi możliwymi trenerami w klubie, nie ograniczyłem się do jednej osoby) uczy troszkę inaczej, pokazując uczniom swój styl walk i swoje patenty. Dlatego nie ma jednej szkoły np. kopania midla czy blokowania kopnięć. To od twojego lokalnego trenera zależy jak cie nauczy, ale powinien ci uczciwie powiedzieć, że nie ma jedynej słusznej drogi i każdy walczy/uczy troszkę inaczej. Nie pisze tu o wielkich odstępstwach, ale raczej o detalach które interesują zawodników, trenerów i zajawkowiczów tego sportu. Na wielu prywatkach skoncentrowałem się na pracy w klinczu i łokciach, czyli tym w czym specjalizują się Tajowie a co w Polsce kuleje 😊 Dużo osób pisze mi w wiadomościach pytanie "czy warto wyjeżdżać do Tajlandii trenować?" Odpowiedź brzmi zależy co chcesz osiągnąć. Jeśli liczysz na nagły przypływ umiejętności to zapomnij. Treningi są żmudne i jest na nich niewiele technik. Lepiej poświeć te niemałe pieniądze na lekcje prywatne z twoim trenerem w Polsce. Nauczysz się szybciej i taniej. Jeśli myślisz, że na treningach grupowych Tajowie pokażą ci nie wiadomo jakie czary mary to zapomnij. Tajowie dzielą się wiedzą, ale niuanse techniczne tylko na lekcjach prywatnych. Jeśli szukasz jakiś super akcji bokserskich to zapomnij. Ręce w Tajlandii służą głównie do przechwytywania kopnięć i robienia zakładów przed walką 😜 Jeśli chcesz nauczyć się porządnie kopać to dobry adres. Jeśli chcesz zrobić zdrowie i przygotować się do zawodowej ważnej walki to nie ma lepszego miejsca. Dwa treningi dziennie, dobre jedzenie, dużo snu, wciąż nowi sparingpartnerzy na wysokim poziomie = idealne warunki. Jeśli chcesz po prostu odwiedzić ojczyznę twojego ukochanego sportu z nastawieniem "pielgrzymka do ziemi świętej" to nie zastanawiaj się 👍 Warto i nie będziesz żałował ani jednej wydanej złotówki. O cenach i realiach napiszę osobny post pod koniec wyjazdu. Kilka osób zapytało mnie po co kolejny raz odwiedzam Tajlandię i czemu dobrowolnie w jedyne dla mnie wakacje trenuję tak dużo i przeznaczam na to tyle kasy. Odpowiedź jest prosta. Wiem, że nigdy nie będę już wielkim zawodnikiem czy mistrzem Lumpinee, ale zależy mi na tym żeby być jak najlepszym trenerem. Dobrych trenerów poznaje się po tym, że wciąż się rozwijają i nie stoją w miejscu. Nie wydaje im się, że zjedli wszystkie rozumy świata. Dopuszczają do siebie myśl, że ktoś wie lepiej i są otwarci na wiedzę. Czasami po tą wiedzę jeżdżą bardzo daleko i nie wstydzą się pytać. Takim trenerem chcę być i takich trenerów wam życzę. <-----Tak, to prawie świąteczne życzenia. 😊 Pozdróweczki z chmurnego ale gorącego Koh Samui. 💪👊🌴🐵☀️

PS. Na zdjęciu z Luckym, jednym z przesympatycznych trenerów z LMC.

1.jpg
1.jpg
 Po klinczu z Jackiem. 25 lat. Stoczył jak sam mówi 200-300 walk. "Nie pamiętam dobrze, bo walczę od 7 roku życia, a dzieci nie liczą swoich walk". Ulubiony trener Paula "The Sting" Slowinskiego. Chłop jest praktycznie niewywracalny. Słynie ze swojego diabelskiego klinczu.

Po klinczu z Jackiem. 25 lat. Stoczył jak sam mówi 200-300 walk. "Nie pamiętam dobrze, bo walczę od 7 roku życia, a dzieci nie liczą swoich walk". Ulubiony trener Paula "The Sting" Slowinskiego. Chłop jest praktycznie niewywracalny. Słynie ze swojego diabelskiego klinczu.

 Po prywatce z Nokweedem. NOKWEED DAVEY- 46 lat. 500 walk. Wybrany do najlepszej fighterskiej tajskiej 10. Zna takie patenty na łokcie, że klękajcie narody

Po prywatce z Nokweedem. NOKWEED DAVEY- 46 lat. 500 walk. Wybrany do najlepszej fighterskiej tajskiej 10. Zna takie patenty na łokcie, że klękajcie narody

 Wyspy zwiedzane skuterem

Wyspy zwiedzane skuterem