O jedynym Indianinie który zmusił rząd USA do pokoju na swoich warunkach - recenzja książki

“Serce wszystkiego co istnieje”

Dla wszystkich którzy się wychowali na książkach Karola Maya. Wy zrozumiecie, reszta ma nie czytać 😉

W tej lekturze jest tak samo fascynująco jak u Maya, ale nie jest tak infantylnie. To nie fikcja wymyślona podczas długiej odsiadki jak u Karola, to fakty 🤷🏻‍♂️ Jest rzetelnie, prawdziwie i szczerze. Nie ma dobrych Indian i złych białych. To nie ta książka. Jest za to spotkanie kultur z okresu kamienia łupanego i XIX wiecznej „kultury” z kręgu europejskiego.

Czy to mogło się skończyć dobrze? Nie bardzo. Czy Indianie uzbrojeni w łuki, maczugi i okazjonalnie w strzelby mogli wygrać bitwę o swoje ziemie? Tak. Czy mogli wygrać całą wojnę? Nie. Czy mogli przechytrzyć białych w grze polityczno-strategicznej nie znając pojęcia wojny totalnej? Nie wydaje mi się. Czy mieli szanse zastraszyć białych swoją brutalnością? Tak, ale paradoksalnie działało to na ich niekorzyść, bo nieustannie zwiększało kontyngent wojska na dzikim zachodzie. To gra w której Indianie mieli tylko dwójki i trójki, a biali asy i jokery, a dodatkowo grali znaczonymi kartami. Innymi słowy Indianie grali, żeby przegrać. Czy wiedzieli o tym? Nie bardzo. Czy biali Amerykanie (w przeważającej większości) kradli ziemie, truli, mordowali, łamali wszystkie traktaty, gwałcili, roznosili epidemie, uzależniali od alkoholu, mordowali masowo bezsensownie zwierzęta, zapędzali do rezerwatów, i finalnie eksterminowali rdzenną ludność Ameryki? Tak. Czy da się to nazwać inaczej niż skurwysyństwem? Nie.

Czy warto przeczytać tę książkę, o jedynym Indianinie który zmusił rząd USA do pokoju na swoich warunkach? Absolutnie tak, ale przygotuj się na niezbyt optymistyczną opowieść.

10/10 #biblioteka_griszki

1.jpg