"Sztuki walki wyciągnęły mnie z patologii" - stary wywiad dla Magazynu VICE

Mój stary wywiad dla magazynu VICE.

"Siedzę w tym sporcie kilkanaście lat, w tym czasie miałem bardzo różne etapy. Na samym początku trenowałem, bo chciałem się po prostu napierdalać, nie ma co ściemniać – było to konsekwencją środowiska, w jakim się wychowywałem.”

VICE (Paweł Mączewski): Czy pamiętasz pierwszy raz, kiedy wdałeś się z kimś w bójkę?

Grzegorz Sobieszek:
Byłem raczej niegrzecznym chłopcem, więc już w zerówce moją mamę często proszono do szkoły, bo się z kimś biłem. Pomimo mojej nadpobudliwości, kiedy znalazłem jakieś swoje zajęcie – np. siedzenie pod ścianą i czytanie książki – to bardzo nie lubiłem, jak ktoś mi w tym przeszkadzał. Tak więc ilekroć ktoś mnie zaczepiał, zabierał książkę czy przeszkadzał czytać – byłem tym tak wkurwiony, że go rzucałem krzesłem, kwiatkiem lub wbijałem cyrkiel w głowę. Przepraszam teraz wszystkich skrzywdzonych. Pamiętam jednak sytuację, którą pewnie wiele osób uznałoby za bójkę, ale tak naprawdę była to pierwsza dla mnie tak bardzo stresująca akcja...

Słucham.
Mama wysłała mnie do sklepu po mleko, miałem może 4-5 lat. Wtedy mleko to sprzedawali jeszcze w szklanych butelkach. Mieszkaliśmy w Skierniewicach, w takiej przejebanej pato dzielnicy, niskie kamienice czynszówki; brud, syf i ubóstwo. Wracając, machnąłem skrót przez podwórko i tam podeszło do mnie dwóch dzieciaków, byli ode mnie starsi. Jak na dziecięce standardy to dużo starsi. Mieli może z 7 lat. Pamiętam, że przystawili mi nóż stołowy do gardła. Zabrali mi resztę, ale zostawili mleko, które i tak rozbiłem, uciekając ze strachu. Byłem wtedy nieźle obsrany, ale takie tam były realia.

Jak w twoim życiu pojawiło się muay thai?
To był 2002 rok. Miałem wtedy dość ciężki okres w życiu. Mieszkałem na squatach, nie miałem kasy na cokolwiek. I tam był taki chłopak, który prowadził treningi za darmo, społecznie. Chodziłem na nie, ale czegoś mi w tym brakowało, więc zacząłem czytać, oglądać pożyczane płyty DVD. Poświęciłem sporo czasu, by zweryfikować, jaki stójkowy sport walki, zdaniem specjalistów, jest najlepszy i najskuteczniejszy. Znakomita większość speców twierdziła, że to boks tajski. Dowiedziałem się, że przy mojej szkole (chodziłem wtedy na pierwszy rok studiów), znajdował się mały klub, właśnie z boksem tajskim.

Prowadził go Piotr „Kowal" Kowalczyk, to było jedno z pierwszych takich miejsc w Warszawie. Trenowałem tam do czasu, aż jacyś budowlańcy, którzy robili tam remont, nie wjebali się do piwnicy i nie ukradli całego sprzętu. Dobrze wspominam ten klub, bo trener pozwalał mi trenować w zamian za pracę dla klubu. No ale klub się zamknął i wtedy polazłem do innego gymu, który święcił wtedy triumfy – najlepsza ekipa zawodnicza, najlepszy klimat. Znowu się spierdoliło, bo tamtejszy trener zdecydował się robić interesy, których nie ogarnął i musiał zaliczyć szybki wyjazd z kraju (śmiech).

Zdążyłem jednak zdobyć tam doświadczenie, jak to wygląda od strony organizacyjnej, jak wygląda zaplecze tego sportu, jak pracować przy eventach i nie dać się zrobić w chuja – co jest bardzo cenną wiedzą w tej profesji i procentuje mi do dziś. Postanowiłem po tych wszystkich perypetiach, że założymy z ziomkiem swój własny klub Academia Gorila, który działa do dzisiaj i stał się największym klubem w stolicy, choć zaczynaliśmy w 80-metrowej sali. Okazało się po pierwszych zajęciach, że mam jakiś tam dar trenerski, potrafię rozmawiać z ludźmi, w związku z tym trenuje w moich grupach naprawdę duuużo osób.

Co ci daje więcej satysfakcji, konfrontacja z przeciwnikiem, czy trenowanie zawodników?
Nie da się tego porównać ze sobą. Kiedy do walki wychodzi mój uczeń, to jest taki stres, jak przy żadnej z moich własnych walk, które kiedykolwiek stoczyłem. Wiem, że będą to czytali chłopaki z mojej starej grupy zawodniczej MMA, niech wiedzą, że trener się o nich martwił. To przecież kwestia brania za kogoś odpowiedzialności. Dlatego mam w klubie też innych trenerów, na których mogę polegać i oni prowadzą teraz grupy zawodnicze, to bardzo pomaga, kiedy nie wszystko spoczywa na tobie.

Natomiast kiedy ja wychodzę do walki, to oczywiście też jest stres, ale zupełnie inny, bo myślę o sportowym wyniku – czy wystarczająco się przygotowałem, czy zasługuję na zwycięstwo. Ale kiedy sędzia podnosi twoją rękę, bo zwyciężyłeś, a koledzy, z którymi ciężko trenowałeś przed turniejem, biją ci brawo; ten moment jest nie-do-kurwa-podrobienia. Przyjechało tyle osób, a wygrałeś ty. To jest prze-chuj-sztos. To też mega intrygujące, jak rywalizacja, ten sport może wpłynąć na człowieka...

Co masz na myśli?
Mnie to wyciągnęło z gówna, z totalnej patologi – wiesz, ja robiłem bardzo złe rzeczy. Nie byłem kiedyś dobrym człowiekiem. Ale zaufaj mi, nie można być łobuzem i trenować w rytmie zawodniczym. Przestajesz szaleć, bo masz zawody. Nie idziesz w opór melanż, bo masz zawody. Nie bijesz się na ulicy, bo wystarcza ci rywalizacja w sporcie. Ale największą satysfakcję to daje mi świadomość, że ten trening i różne działania prospołeczne, które prowadzę, mogą być też szansą dla kogoś innego. Dużo się teraz udzielam w organizacjach pozarządowych pomagających trudnej młodzieży, prowadzę dla nich treningi, gadam z nimi i pokazuję, że można i warto się wyrwać z patologii. Więc chyba to jest to najfajniejsze uczucie. Że kogoś możesz zainspirować do zmian.

Co cię motywuje do walki, kiedy wychodzisz na ring?
Sam się odpowiednio motywuję. Oczywiście jest to podejście sportowe, czyli: znam przepisy, chcę wygrać, lubię wygrywać. Nastawiam się odpowiednio psychicznie, myślę sobie o moim przeciwniku: „człowieku, nie wiesz, co ja przeżyłem w życiu, spotkało mnie w życiu tyle chujowych rzeczy, że ty koleś obsrałbyś się wtedy, kurwa, na rzadko. Nie masz ze mną najmniejszych szans typie". Wtedy to mnie ładuje ogromną pewnością siebie. Nigdy nie stosuję takich praktyk motywacyjnych w sytuacjach poza zawodami, bo po prostu nie muszę.

To mi się kojarzy z filmami akcji, przy których się wychowywałem – wiesz, Kickboxery itp. – tam zawsze pojawiał się jakiś koleś, który wykorzystywał swoje umiejętności sztuki walki, by trząść okolicą. Oczywiście taki osiedlowy bully ostatecznie spotykał na swojej drodze protagonistę, np. Jean Claude Van-Damme'a, który prał mu dupsko. Czy ty kiedykolwiek przenosiłeś muai thai poza ring?
Siedzę w tym sporcie kilkanaście lat, w tym czasie miałem bardzo różne etapy. Na samym początku trenowałem, bo chciałem się po prostu napierdalać, nie ma co ściemniać – było to konsekwencją środowiska, w jakim się wychowywałem. Musisz jednak pamiętać, że wtedy w Polsce było trochę inaczej, było większe społeczne przyzwolenie na przemoc. Dla przykładu – kilkanaście lat temu miałem dredy i teraz każdy ma w dupie, jaką nosisz fryzurę, ale wcześniej non stop słyszałeś „ty, patrz kurwa, jaki kołtun, jazda z nim".


Nie ukrywam więc, że moje umiejętności się przydawały, korzystałem z nich bardzo często – raczej w sytuacjach podbramkowych, kiedy było już innej opcji. To się zmieniło z czasem. Im więcej potrafisz, tym bardziej wiesz, że nie musisz nic robić. Widzisz oponenta na ulicy, który się pręży, ale pozostaje ci go obśmiać, bo wiesz, że byś go połamał. Nie biłem się z nikim na ulicy od 5-6 lat. Ale wciąż mogę zareagować agresywnie, jeśli widzę, że ktoś znęca się nad mniejszym czy słabszym, bo strasznie mnie to wkurwia.

A czego uczy przegrana?
Sporty walki pompują ci ego, przegrana je temperuje, uczy pokory, twojego miejsca w szeregu. Więc jest zdrowy balans. Bo ilekroć pomyślisz, że jesteś mistrzem świata, zawsze pojawi się ktoś, kto cię spierze na treningu, a to może być ktokolwiek – koleś w sweterku, student z Politechniki. To też uczy, by nie oceniać książki po okładce – student w sweterku może cię poskładać w chińskie osiem. Ale nawet jak przegrasz – czym jest ta jedna przegrana wobec twojego całego okresu trenowania i ogólnie życia? Będziesz ją pamiętać za 20 lat? Nie, będziesz pamiętać, że ćwiczyłeś i startowałeś. To jest ważne. W takich chwilach też weryfikujesz siebie, jeżeli nie odpuścisz po porażce – to wiadomo, że będziesz notował progres. Taka kolej rzeczy.

Doczekałeś się jakichś poważnych kontuzji?
Serio? Chyba nie starczy nam czasu na tę odpowiedź.

Wymień te najgorsze.
Kilkanaście razy miałem połamaną lewą rękę. Raz to lekarz myślał, że potrąciło mnie jakieś auto, taki byłem połamany. Nie chciał uwierzyć, że nie jestem z wypadku samochodowego. Przez rok nie mogłem zaciskać pięści i ruszać dłonią, nadal mam z tym problem. Innym razem podczas bójki na ulicy dostałem kopa w tył głowy, aż mi krew siknęła z uszu – miałem przez to problem z pamięcią krótkotrwałą. Leżałem w szpitalu i w kółko zadawałem te same pytania. Jak się z tego ocknąłem, facet, który leżał na sali koło mnie powiedział „O jak dobrze, bo już myślałem, że cię zajebie, uduszę poduszką. Co chwila zadawałeś te same pytania: co się stało i czy moja matka już wie". Poza tym były jeszcze – wiadomo – wybite zęby, złamania nogi, złamania obojczyka, rozwalone biodra. No i podstawa kontuzji – rozjebane wiązadła w kolanie.

Czułeś strach, że któraś z tych kontuzji zaważy na twojej karierze?
Czułem, ale wiesz, co zrobiłem? Załadowałem nogę w protezę i poszedłem prowadzić zajęcia na jednej nodze. Taki byłem nieodpowiedzialny – nikomu tego nie rekomenduje. Jak to powiedział kiedyś Fokus: „Sport to połamane kości, a nie twarz w reklamach". U mnie jest i jedno i drugie (śmiech).

Jak trenując Muai Thai zawędrowałeś do Tajlandii?
Zmieniła się moja sytuacja materialna i życiowa. Kiedyś wyjazd do Tajlandii był dla mnie jakąś abstrakcją, kosmosem totalnym. Stary, przecież mnie nie było stać na wyjazd nad polskie morze. W młodości bardzo dużo czytałem o Azji Południo-Wschodniej, miałem zajawkę na Ocean Indyjski, historie o tamtejszych piratach, wyspy itd. Pojechałem tam pierwszy raz kilka lata temu z byłą dziewczyną i jej przyjaciółmi, bo wreszcie mi się w życiu zgadzał hajs. Oni byli tam turystycznie, ja sportowo.

To było niesamowite, móc skonfrontować swoje wyobrażenie o tym miejscu, z tym, jak naprawdę wygląda. Czerpałem dużo przyjemności z treningów w różnych gymach. Jeżeli pojedziesz tam, jako trener, wyciągniesz z tego bardzo dużo. Dlatego uważam, że każdy trener czy pasjonat tego sportu powinien tam choć raz w życiu pojechać, bo po takim wyjeździe nic nie będzie takie samo.

Dlaczego więc ta sztuka walki umiera w kulturze Tajów, przestaje cieszyć się ich zainteresowaniem? Powodem jest jej powszechność w Tajlandii, a może to skutek postępującej globalizacji?
Wydaje mi się, że można to trochę przyrównać do kultury ludowej w Polsce, która była kiedyś na maksa powszechna, a teraz to jest Cepelia, Mazowsze. Wiadomo to nie ta skala, ale chodzi o mechanizm ginięcia lokalnych tradycji. Jeśli pojedziesz do Tajlandii i pójdziesz na legendarny stadion boksu tajskiego np. Rajadamnern, spotkasz tam może 150 osób, i to jeśli gala będzie dobra. Dlaczego? Bo Tajowie zachłysnęli się Zachodem. Wiesz co ich teraz jara? Piłka nożna. No kurwa mać! Ale to, co jest najbardziej paradoksalne, to że gdyby nie nasza kasa, hajs białasów, tego sportu już by nie było.

Co masz na myśli?
Gdybyśmy tu nie przyjeżdżali, nie zostawiali swoich pieniędzy, nie propagowali tego sportu, to on prawdopodobnie by umarł, tak jak umarły inne, podobne sporty Azji Wschodniej. Wiadomo, sami Tajowie też sporo robią w kierunku popularyzacji muay thai, ale to by nie wystarczyło. Zwróć uwagę na taką Birmę, która miała swoją odmianę boksu, ale wojskowa dyktatura odcięła to miejsce od reszty świata na kilkadziesiąt lat, nie przepuszczając niczego z Zachodu i już prawie nie ma czegoś takiego, jak boks birmański.

Paradoksalnie Muai Thai zaczyna cieszyć się większym zainteresowanie w innych częściach świata niż w swojej ojczyźnie. Ludzie się tym interesują, bo ten sport jest autentyczny i widowiskowy. Dlatego w Stanach MMA wypiera boks klasyczny, bo ten już nudzi swoim wyrachowaniem, cwaniactwem, ustawkami i pompowanymi rekordami.

Mocne słowa na temat boksu.
Osobiście on mnie nie interesuje. 40 federacji, 80 pasów, kurwa, to jest w większości nudne. Wiadomo mam swoich ludzi, którym kibicuje, ale na co dzień boksu nie oglądam.

A jak to jest z dietą? Panuje stereotypowe przekonanie, że „prawdziwy twardziel" musi jeść dużo mięsa.
Nie jem mięsa od kilkunastu lat i nie zapowiada się, żebym miał zacząć. Nie tak dawno wymyśliłem kampanię, gdzie pokazaliśmy zawodników, którzy odnoszą sukcesy w sporcie i nie jedzą mięsa. Tak powstała kampania społeczna „Jasna strona mocy", którą zrobiliśmy z Otwarte Klatki. Mega szacunek dla nich za ogromną robotę logistyczno-organizacyjną. Są w tym naprawdę dobrzy.

W trakcie naszej rozmowy kilkukrotnie wspominałeś o swoim ciężkim dzieciństwie. Jak duży wpływ miało na ciebie, że dotarłeś do miejsca, w którym jesteś teraz?
Właśnie to dało mi najwięcej siły w życiu, to że startowałem z totalnego dna, gdzie były chwile, że chodziłem permanentnie głodny, bo mojej mamy nie było stać na jedzenie. Nie zrozum mnie źle, ona się naprawdę starała i kochała nas na maksa, ale byliśmy bardzo biedną rodziną. Moi rówieśnicy mieli rzeczy, o jakich ja wtedy nie mogłem nawet marzyć – wyjazdy, szkoły językowe, wsparcie finansowe od bliskich i dobry start w przyszłość.

Dlatego teraz wszystko mnie tak cieszy, wszystko, co mam daje mi ogromną radość i satysfakcję. Cieszę się z wyjazdów do Tajlandii, cieszę się, że mój klub działa i wciąż się rozwija, że podpisaliśmy kontrakt na udział w produkcji filmu o polskim MMA – kiedyś to było dla mnie niewyobrażalne, że będę w TV czy coś. Teraz przecież bywają dni, że więcej gadam w mediach, niż jestem na sali treningowej. I cieszę się z tego. Wszystko jest dla mnie spoko. Cieszę się jak głupi, bo zawsze będę pamiętał, skąd przyszedłem i jak mogłem skończyć.

Dziękuję za rozmowę.
Przez to całe gadanie o przeszłości prawie się rozczuliłem.


Całość wywiadu + znakomite zdjęcia autorstwa Karola Grygoruka znajdziecie na stronie VICE https://www.vice.com/pl/article/8gzq8p/sztuki-walki-wyciagnely-mnie-z-patologi


 W jednym gymów w Bangkoku. Tuż przed treninigiem.

W jednym gymów w Bangkoku. Tuż przed treninigiem.