„Ten frajer nie będzie z nami trenował” - czyli czego nauczyły mnie sporty walki i dlaczego nie warto oceniać książki po okładce.

„Ten frajer nie będzie z nami trenował” - czyli czego nauczyły mnie sporty walki i dlaczego nie warto oceniać książki po okładce ☝🏻☝🏻☝🏻

Zawsze uważałem siebie za osobę otwartą na świat i ludzi. Moi znajomi twierdzili, że to zasługa licznych podróży jakie w swoim życiu odbyłem, że niby mi jest łatwiej. Wiadomo, nic tak nie rozbraja naszych uprzedzeń, jak bezpośrednie zetknięcie się ze zjawiskiem, które dotychczas znaliśmy tylko z filmów, opowieści i uproszczonego przekazu z internetu. Po głębszym zastanowieniu się nad tym uznaje, że to absolutna nieprawda. Otwartą głową miałem o wiele wcześniej, bo podróże rozpocząłem dopiero w wieku lat osiemnastu. Długo myślałem skąd u mnie ta otwartość. Wychowanie otrzymałem raczej mocno przeciętne. Kanon wartości obecnych w domu rodzinnym, niczym specjalnym nie różnił się od innych kanonów wartości, obecnych w przeciętnych domach rodzinnych miast Polski B. Ot, taka typowa rodzina ze społecznych nizin. Gloryfikowana była raczej ciężka praca, wiara w Boga i życiowa zaradność, a nie (jakaś tam kurwa go mać) kulturowa otwartość! 😀 Tak więc skąd to się u mnie wzięło? Z ulicy! A konkretniej z ulicy Jagiellońskiej w Skierniewicach na której dorastałem.

Ulica ta, to esencja ulic na których nie chciałbyś mieszkać. Nie chciałbyś tam nawet w gości przychodzić, ani dziewczyny odwiedzać. Nawet wyjątkowo ładnej dziewczyny. Niskie zaniedbane przedwojenne kamienice, ciemne cuchnące (wszystkimi możliwymi płynami ustrojowymi) bramy z lokalnymi lumpetami, na ulicy hydrant do czerpania wody, wewnątrz podwórek wychodki dla lokatorów którzy nie mieli kanalizacji w domach i komórki na węgiel. Centralnego nie było: paliło się w piecach kaflowych. Lokatorzy to cieżko pracujący fizycznie ludzie i patologia trudniaca się wszystkim, tylko nie legalną pracą. Taniej mogłeś tu kupić wiele rzeczy które „spadły z TIRa”, a do snu kołysały nas za dzieciaka pijackie śpiewy sąsiadów niosące się na pół ulicy. Na podwórku można było równie często spotkać chłopaków kopiących piłkę, co gitów wrzeszczących: „Ty chuju niemyty, w mordę jebany, wypiłeś ostatnią flaszkie bez nas, zajebie cię gołymi rękami!”. Żeby groźbie dodać siły rażenia, krzyczący git udawał się w pościg za „chujem niemytym” z siekierą w dłoniach. Nie było to nic niezwykłego, serio. Nie brzmi jak idealna szkoła otwartości kulturowej co? I tu się mylisz bracie, bo kamienicę obok zamieszkiwali… Cyganie. Teraz wiem, że powinienem napisać Romowie, ale wtedy (jako dzieci nie dotknięte poprawnością polityczną) mówiliśmy na nich Cyganie i ciach bajera. Obserwowałem ich z dziecięcą ciekawością, bo trochę się wyróżniali na dzielni. Moja mama przyjaźniła się w przeszłości z jedną z tych rodzin. Może przyjaźniła to za mocne słowo. Nie była to jakaś ultra głęboka relacja, ale byli obecni w moim dziecięcym świecie. „Cyganie nigdy swojego nie zostawią na lodzie” - to mama często nam powtarzała. Jako przykład opowiadała historię samotnej matki, której cała społeczność pomagała się utrzymać i wychować małe dziecko, w momencie gdy ojciec zdecydował się od nich odejść. Był to mocny kontrast w stosunku do tego, co obserwowałem w równoległym polskim świecie. Romowie mieszkali i funkcjonowali obok. Niezbyt często się te nasze dziecięce światy przenikały. To było ponad trzydzieści lat temu, ale do dziś pamiętam, że mojej mamie każdy z nich zawsze mówił eleganckie: „dzień dobry”. Nie była to zwykła praktyka na tej dzielnicy. Częściej słyszało się z głębi bramy: „Ej Ty! Dej pinćsiąt groszy do wina”. Czemu o tym pisze? Bo często spotykam się z opinią, że otwartość jest cechą ludzi wyższych klas społecznych i z definicji zarezerwowana dla bananowej młodzieży. A mnie tolerancji uczyła nie kanapowa lewica, podróże, czy bananowe środowisko grzecznych dzieciaków z dobrych domów. Szkołę otwartości kulturowej odebrałem na ulicy Jagiellońskiej i była to brutalna lekcja. Nigdy nie zdarzyło mi się być pobitym, czy okradzionym przez Roma, a przez innych to i owszem. Już jako dziecko wiedziałem, że kolor skóry i narodowość nic nie znaczą.

Minęło wiele lat. Wylądowałem na studiach w Warszawie. Sporo czasu spędzałem w środowisku studenckim, gdzie wciąż się mówiło o otwartości, tolerancji czy akceptacji mniejszości. Najczęściej w gronie osób o identycznych poglądach politycznych, systemach wartości, klasie społecznej, czy kolorze skóry. To nie było specjalnie trudne - gadać o tolerancji i tolerować inność, jak otaczali Cię ludzie bardzo podobni do Ciebie. Dla mnie autentyczną szkołą otwartości i cierpliwości były kluby sportowe. To tam równolegle obok siebie ćwiczyli wyznawcy Hitlera (znam ich sporo, niestety) i fani Lenina (znam tylko kilku na szczęście, bo zwykle się bardziej kamuflowali z poglądami niż Ci od Hitlera). Żołnierze mafii trzymali tarcze do low kicków antyterrorystom. Sataniści sparowali z uduchowionymi katolikami. Fani Dmowskiego pocili się tak samo jak marksiści. Pacyfiści przebierali się w szatni obok żołnierzy. Chuligani ze stadionów polowali na siebie po treningach, a policjanci w szatni udawali, że o tym nie wiedzą. Na studiach otaczali mnie ludzie raczej jednolici światopoglądowo, a w sporcie było wszystko, co człowiek mógł sobie wyobrazić. Czasem nawet więcej. To na sali treningowej pierwszy raz spotkałem człowieka który wierzył w Voodoo i satanistę który groził katolikowi, że go zabije na sparingu, jak tamten nie zdejmie krzyżyka z szyi…

Czy ze wszystkimi których poznałem w sporcie się przyjaźniłem? Jasne, że nie. Miałem swoje wartości, więc szukałem ludzi myślących podobnie. Natomiast obecność w tak niejednorodnym środowisku, nauczyła mnie autentycznej tolerancji. Nie deklaratywnej i na pokaz, ale takiej życiowej i prawdziwej. To na sali treningowej poznałem zajebistych ludzi, którzy głosowali na mega chujowych (o co umówimy się, nie jest specjalnie trudno) polityków. Przyjaźnie się z nimi do dziś. Nie z politykami oczywiście! Politykom wiadomo co na grób. 😀 Poznałem też ludzi z którymi totalnie zgadzałem się w sprawach ideowych, ale prywatnie okazywali się ostatnimi szujami. Tych spuściłem do kibla i życie od razu stało się lżejsze. Sporty walki pozwoliły mi zrozumieć, że fakt wyznawania podobnych wartości czy idei, nie czyni nikogo z automatu dobrym człowiekiem. Niestety. Obecnie przyjaźnię się i z prawicowcami i z lewicowcami. Ktoś powie, że dorosłem. Inny nazwie mnie wyrachowanym cynikiem. Nie dbam o to. Dobrym człowiekiem może być każdy, niezależnie od tego co myśli o podatku progresywnym, XIX wiecznej historii, czy katastrofie smoleńskiej. Miarą tego czy jesteś porządnym człowiekiem (przynajmniej dla mnie) jest Twój stosunek do słabszych. Jak reagujesz na krzywdę i jak traktujesz tych którzy są w hierachii niżej od Ciebie. Oczywiście, nadal jest grupa idei, które są dla mnie trudne do zaakceptowania. Dyskryminowanie ludzi z powodu koloru skóry, płci, narodowości czy wyznania wciąż nie mieści mi się w głowie i tego nie toleruję, ale jestem też dużo bardziej wyrozumiały niż byłem w przeszłości. Wierzę bowiem w to, że ludzie się zmieniają i np. przy zetknięciu się czarnoskórym ziomkiem, nawet zatwardziały rasista ma szansę zweryfikować swoje uprzedzenia. Nie pisze tu absolutnie o tym, żeby tolerować rasizm, ale zwalczanie uprzedzeń nigdy nie będzie skuteczne, jeśli się pozamykamy w swoich małych ideowych gettach.

Sporty walki nauczyły mnie, że nie warto dokonywać pochopnych osądów. Nie ma sensu warczeć na pierwszym treningu: „ten frajer nie będzie z nami trenował”, bo może jeszcze zostaniecie najlepszymi ziomkami mimo, że on wierzy w Voodoo 😉 Życie natomiast nauczyło mnie, że przekonanie z dzieciństwa - wszyscy Romowie są spoko - jest idiotyczne. Dla przykładu warszawscy Romowie z ulicy Grochowskiej, postanowili mnie w 2002 roku pozbawić zdrowia i pieniędzy za pomocą noża. Koniecznie w tej kolejności. Uratowało mnie tylko to, że dość szybko biegałem i potrafiłem przeskoczyć w pędzie przez płot oddzielający tory tramwajowe od jezdni, nie dotykając go. Do tego nie wypuściłem z ręki zakupów! Olej roślinny, dżem wiśniowy Łowicz i mąka Pszenna Szymanowska w biało-różowym opakowaniu trafiły ze mną do dom 😉 Czy przez to zapomniałem o tych pozytywnych postaciach z mojego dzieciństwa? Nie. Utwierdziłem się tylko w przekonaniu, że nie ma żadnej reguły, a poglądy, kolor skóry i narodowość niewiele znaczą. W sporcie jest dokładnie tak samo 👊🏻👊👊🏿

Na zdjęciu autor wpisu z ziomkiem po kolejnym morderczym treningu w zajebistym klubie w Rio de Janeiro.

1.jpg