"Ducho-logia polska" - zanurzyć się w latach 90tych - recenzja książki Olgi Drendy.

1.jpg

Nikt kto nie przeżył okresu transformacji w Polsce, nie będzie w stanie dobrze go zrozumieć. Niestety 🤷🏻‍♂️

To nie jest zarzut, to fakt. Zrozumienie to bowiem, nie polega na przyswojeniu takich, a nie innych dość skomplikowanych faktów. Faktów czasem śmiesznych z perspektywy czasu, a czasem strasznych, ale w ogromnej większości po prostu senymenalnych. Zrozumienie tego okresu polega na zanurzeniu (niczym w kociołku Panoramiksa) w estetykę i ducha tamtych lat. W kakofonię liter atakującą z wszechobecnych wyklejanych szyldów, w niepokój i oczekiwanie wychwytywane w rozmowach dorosłych o polityce, w pirackie kasety na bazarach, w zapach kiosków ruchu który uderzał w nozdrza jak tylko Pani otworzyła okienko, w okładki książek rozkładanych na łóżkach polowych, w rosyjski asortyment przywożony na handel i sprzedawany również z łóżek polowych, w muzykę chodnikową mutującą w disco polo, w bioenergoterapeutów i uzdrowicieli z telewizorów, w pasmanterie i sklepy ogólnospożywcze oraz art. papiernicze, we wszechobecne wypożyczalnie VHS, w Sex Shopy z pożółkłymi firankami, w badziewne okładki książek fantasy i płyt trash metalowych, w katalogi z niemieckimi meblami/AGD których nigdzie nie można było kupić, ale się oglądało „dla inspiracji”, w przyczepy Niewiadów z zapiekankami i hot-dogami.

W tym nie można się zanurzyć, bo tego już nie ma i żadne powierzchowne mody, obliczone na wyciśniecie więcej kasy z konsumenta, tego nie zmienią. Nie ma i chuj. Koniec i kropka. Ament w pacierzu. Ta książka, to dla mnie wspaniała podróż w krainę dawno utraconego dzieciństwa. A każda podróż w takim kierunku, zwłaszcza w wieku mocno dorosłym (czyt. jestem dziadem), musi otrzymać najwyższą czytelniczą notę- 10/10 👌🏻 #biblioteka_griszki