"Gaumardżos. Opowieści z Gruzji" - czyli niby recenzja książki, ale tak naprawdę hymn pochwalny na temat Kaukazu.

Jak pewnie pamiętacie, miałem w swoim dość zagmatwanym życiu epizod podróżowania po Kaukazie. Była to przedziwna podróż, bo pracowałem jako kierowca wielotygodniowej wyprawy geologicznej.

Trzeba Ci wiedzieć drogi czytelniku, że geolog, to jest taka bestia, co szwęda się tylko tam, gdzie coś ciekawego znajduje się pod ziemią, zupełnie jakby lekce sobie ważąc, to co dla nas, przeciętnych zjadaczy chleba, jest na tym ziemskim padole interesującego. Zabytki? Zapomnij, no chyba że ruiny modernistycznych hoteli gdzieś w górach. Hotele? Zbędny luksus, spaliśmy tylko pod gołym niebem. Ludzie? Tylko wtedy jeśli mogą wskazać drogę do kolejnej(!) zagubionej w wysokich górach kopalni, lub wyciągnąć zakopane w bagnach auto. Kultura? Tak, ale ta górnicza i wydobywcza. Atrakcje? Kąpiele w jeziorach na lodowcu i prysznice w tak ciepłych górskich potokach, że mydło na tobie zamarza. Na moje szczęście, 99% geologicznych miejscówek w Gruzji (w odróżnieniu np. od takiej Rosji) było w przepięknych dzikich górach.

Tak więc Gruzja którą ja znam, to przedziwna Gruzja. Dzika, odludna, z cudownymi krajobrazami i GOŚCINNA. Tak, to była rzecz która od razu rzuciła mi się w oczy. Znasz zwrot „polska gościnność”? To jest jakiś humbug! Gościnność bracie, to jest na Kaukazie. Tam gość w dom, to autentycznie Bóg w dom. Pewnego razu, obozowaliśmy sobie w odludnej dolinie gdzieś wysoko w gruzińskich górach, przy opuszczonej kopalni uranu czy tam arsenu. Nie jestem jakoś super dobry z geologii, więc mogłem te pierwiastki pomylić. Swoją drogą, tylko ludzie radzieccy mogli wymyślić kopalnie wysoko w górach, nie licząc się z kosztami wydobycia i utrzymania tego diabelstwa. Tak więc obozujemy sobie w dolinie któryś dzień, góry bez śladu obecności człowieka. Nasi ludzie wyszli w góry na wyprawę, wspomnianą kopalnię zwiedzać (w mojej opinii również bezsensownie zginąć i zagościć w polskich Wiadomosciach, bo nie jestem fanem wysokogórskich wspinaczek). Nagle z gór schodzi pasterz z owcami. Mówi łamanym rosyjskim, że nas widział już wczoraj, ale już się zmierzachało, więc nie mógł do nas zejść ze szczytów, gdzie wypasa swoje owce. Daje nam czacze w plastikowym baniaku (wódka z winogron) i owczy ser mówiąc, że jesteśmy jego gośćmi i jak będziemy tylko czegoś potrzebować, to koniecznie musimy zapukać do jego pasterskiego szałasu. Napiliśmy się wódeczki (pisząc my, mam na myśli ekipę, nie siebie) pojedliśmy sera, a nasz wkład w poczęstunek to były bakalie i puszki z Polski i rozstaliśmy się w przyjaźni. Pasterz poszedł do siebie. Na odchodne ktoś od nas go zapytał, ile będzie szedł do swojego domostwa. Odpowiedział- „jeden dzień”.

Koleś szedł jeden dzień z wysokich gór tylko dlatego, że zobaczył kogoś u ich podnóża i stwierdził, że wypada mu się przywitać jako gospodarz…To jest gościnność! Czytając Gaumardżos, przypominałem sobie swoją po Kaukazie tułaczkę i z rozrzewnieniem wspominałem. Żałowałem, że nikt mi nie dał do przeczytania takiej książki przed wyjazdem. Wyrzuć przewodnik do kosza, a w podróż do Gruzji zabierz tę lekturę! Jest lepsza niż jakikolwiek przewodnik. A gdybyś się Gruzją zachwycił brachu, przeczytaj też koniecznie Wojciecha Góreckiego o Kaukazie książki.

8/10