"Naga wyspa. Gułag Tity" - ksiażka historyczna napisana na sprawdzianie w liceum.

1.jpg

Jest tak.

Trafiasz na rodzinną imprezę z morzem alkoholu. Gospodarz sadza cię obok swojego, bywałego w świecie, wujka. Wujek jest starym globtroterem i z niejednego pieca chleb jadł. Cieszysz się, bo w sumie nie mogłeś lepiej trafić. Opowiadane przez niego historie są dowcipne, błyskotliwe, interesujące i zabawne. Słuchasz go z wielkim zainteresowanie, bo mówi o rzeczach nowych. Wreszcie ktoś ma coś do powiedzenia- myślisz. Problem w tym, że wujek pije alkohol, a ten wyraźnie i dość niekorzystnie wpływa na jego narząd mowy i pamięć. Wujo zaczyna bełkotać, a niektóre historie opowiada 15 raz. Zaczyna cie to już męczyć i wkurwiać, jak tylko może człowieka wkurwić namolny pijak erudyta. Wujaszek nie zdaje sobie sprawy z tego co się dzieje i czterdziesty raz bełkocze tę samą anegdotkę. Masz dość.

Dokładnie tak samo jest z tą książką. Cieszysz się, że ją kupiłeś, interesuje cie historia obozów Tity, śmiejesz się przy niektórych anegdotach, myślisz o smutnym losie niewinnie uwięzionych "za stalinizm" przypadkowych osób, rozmyślasz o cynizmie komunistów, ale kartka po kartce zaczyna cie ta lektura wkurwiać i to gorzej niż namolny wujek. Tę książkę można by napisać na 20 stronach, nie pomijając niczego istotnego w tej ciemnej karcie jugosłowiańskiej historii. Autor jednak, z nie do końca zrozumiałych dla mnie powodów, zdecydował się rozwlec książkę na stron trzysta. Wiem jak to się robi, bo też chodziłem do liceum i "lałem wodę" na sprawdzianach. Myślałem jednak, że książek historycznych nie pisze się na sprawdzianach w liceum.

4/10