"Porwane. Boko Haram i terror w sercu Afryki" - recenzja książki Wolfganga Bauera.

1.jpg

Proszę wstać, sąd idzie! 👨🏻‍⚖️

Każdy kto mnie zna bliżej wie, że terroryzm, to mój konik. Nic mnie tak nie jara jak spiski, bomby, służby, mordy, odległe kraje i konsekwencje tuż za miedzą. Nic mnie tak nie interesuje jak grupy pojebów, które dorwały się do broni i przy jej pomocy „budują” swoje wariackie wizje. Nie ma bardziej zajmującej rzeczy niż śledzenie losów ideowców, których zdeprawowała przemoc i władza, a te deprawują niemal zawsze.

Z tego powodu jak sięgałem po tę książkę, śliniłem się jak Ojciec Dyrektor na babciną rentę. Boko Haram bowiem, to srogie terrorystyczne pojeby z Nigerii. Wydawałoby się, że taka książka nie może być nudna, ale to tylko przykład, że najlepszy nawet temat, może zostać zepsuty przez słabą pisaninę. Autor bierze więc ciężar porażki na siebie, bo o Boko Haram można powiedzieć wszystko, ale nie to, że przynudzają. Nie przynudzają, a wręcz przeciwnie, mordują kogo się da, porywają, gwałcą, rabują, palą... Słowem, czynią wszystko, aby zasłużenie dostać łatkę srogich pojebów walczących o kalifat w Nigerii (z tym kalifatem też nie wiadomo, czy tak naprawdę o niego walczą, czy po prostu rżną bliźnich dla rozrywki, bez specjalnych górnolotnych ideowych uzasadnień).

Mimo takiego pola manewru autor zepsuł. Zepsuł ewidentnie. Uznaję go więc winnym zarzucanego czynu i skazuje na bezwzględną karę czytelniczej oceny 5/10. Od wyroku nie przysługuje apelacja. Wyrok jest prawomocny 🙋🏻‍♂️ #biblioteka_griszki