"Cichociemni, elita polskiej dywersji" - recenzja książki Kacpra Śledzińskiego.

1.jpg

Nie zazdroszczę dowódcom Armii Krajowej, działającym na kresach podczas okupacji. Lata walki z nazistami, aż tu nagle wbija się na te ziemie klinem Armia Czerwona, która się w tańcu nie pierdoli 😢 Tych co się nie podporządkują ludziom radzieckim, do pociągów i na Łubiankę/Syberie. Dowództwo AK z Warszawy zabraniało podejmować wrogie kroki przeciwko Armii Czerwonej. Niestety armii radzieckiej nikt nie wydał podobnej dyspozycji... Naziści częstokroć oferują Polakom chwilową pomoc w walce z bolszewikami, broń której AK zawsze brakowało i lokalny pakt o nieagresji. Co Ty byś zrobił jako dowódca? Przyjął broń od Niemców, którzy latami polowali na Ciebie jak na zwierze, zamordowali pół twojego oddziału i wysłali do komór gazowych ogrom twojego lokalnego społeczeństwa i przy ich wsparciu walczył byś z bolszewikami? Czy poddał byś swoich ludzi i wysłał ich do ruskich łagrów? Słyszałeś o Katyniu, wiesz do czego zdolni są Rosjanie. Nie masz broni, jesteś odcięty od przełożonych, zostałeś sprzedany na konferencji w Teheranie-choć jeszcze o tym nie wiesz. Masz tylko siebie i wiernych sobie ludzi. Ocalić ich i dostać etykietkę zdrajcy i kolaboranta, czy poddać się Rosjanom i skończyć w bolszewickim więzieniu z kulą w głowie? Cieszę się, że nie musiałem nigdy podejmować takich decyzji. I to jest najważniejsza refleksja po przeczytaniu tej książki. Reszta, czyli szkolenie cichociemnych w Anglii, skoki spadochronowe do Polski, walka dywersyjna z okupantem, to wątek sensacyjny. Dylematy moralne dowódców, to coś co zostaje w głowie na długo.

7/10