"Syrop z piołunu. Wygnani w akcji "Wisła" - recenzja książki.

Jako małe dziecko przeczytałem kilkukrotnie „Łuny w Bieszczadach”. Komunistyczną propagandową książkę opisującą walkę z UPA i podziemiem antykomunistycznym. Wiele lat minęło zanim zrozumiałem, że Jan Gerhard łgał jak najęty, a prawda była dużo bardziej złożona niż przedstawiał. Prawdę mówiąc, On prawdy nie przedstawiał w ogóle.

25 lat później czytam inną książkę, o podobnej tematyce. Tę ze zdjęcia. Wszyscy wiemy, że istnieją takie lektury, które elektryzują tak, że jak ktoś się dowie, że ją czytasz, to od razu „się wypowiada”. I tak, jak wrzuciłem te pozycje na instastories, od razu otrzymałem sporo wiadomości, że słaba, nieprawidłowa, beznadziejna, stronnicza itd. Lektura opowiada historie Ukraińców mieszkających w Polsce i przesiedlonych w ramach tzw. Akcji Wisła. Autor oddaje głos przesiedlonym i ich dzieciom. A było ich sporo, bo 160 koła ludzi. Zabrano im ziemie, gospodarstwa, majątek i wypędzono na ziemie odzyskane, tylko dlatego, że byli Ukraińcami. Nie miało to żadnego uzasadnienia, nawet komunistyczni generałowie raportowali przełożonym, że partyzantka UPA jest w rozsypce i nie ma praktycznie żadnego oparcia w lokalnej ludności. Mimo to komuniści zdecydowali się na ruch który według wszelkich norm prawnych podlega ocenie jako „zbrodnia przeciwko ludności”. Część przesiedlonych trafiła do obozu koncentracyjnego w Jaworznie (tak, były polskie obozy koncentracyjne) gdzie ich głodzono i torturowano. Ci ludzie do tej pory boja się mówić o tym co przeszli.

Nie wiem w jakim momencie autor jest stronniczy, czy powinien oddawać głos zarówno komunistycznym katom z Jaworzna jak i ich ofiarom? Czy taka symetria by zadowoliła polskiego czytelnika? Są książki których nie chcesz przeczytać, bo dopóki nie znasz prawdy, to czujesz się ze sobą lepiej. To chyba jedyny mój zarzut dotyczący tej książki, że rujnuje spokój.

9/10