"Teatr ryb" - John Gimlette narobił mi smaka, ale skończyło się słabo - recenzja.

1.jpg

Prawie każdy wybitny muzyk nagrał kiedyś płytę, która była słaba. Każdy polityk powiedział kiedyś coś głupiego - tak szczerze, to oni zwykle mówią głupoty gargantuicznych wręcz rozmiarów. Każdy mistrz kuchni skiepścił kiedyś obiad 👨🏻‍🍳 Najgorzej jeśli zaprosił was na ten obiad, a ostatnio ugotował coś obłędnego. Siadacie do stołu, specjalnie nie jedliście nic już na tydzień przed zaplanowaną wizytą, gospodarz podkreśla wagę obiadu rodową zastawą. Podaje dania które gotował cały dzień, wyglądają z daleka na coś przepysznego. Niestety smakują jak trociny i mech pomieszane ze smalcem 😢

Tak jest z tą książką. Autor napisał CUDOWNE I FENOMENALNE „Złote wybrzeże” (opisywałem w innym poście) które narobiło mi takiego smaku, że „Teatr Ryb” smakuje przy nim jak smalec z mchem i trocinami. Nie da się tego zjeść. Jest mi przykro 😢

2/10