Dumni hipokryci i niewdzięczni oszuści - tych ludzi wystrzegaj się w świecie sportów walki, ale nie tylko tu i nie tylko tych.

Na zdjęciu autor wpisu, podczas jednej ze swoich licznych włóczęg w Tajlandii. Foto. Karol Grygoruk

Na zdjęciu autor wpisu, podczas jednej ze swoich licznych włóczęg w Tajlandii. Foto. Karol Grygoruk

Na zdrowie.

Ten tekst dojrzewał we mnie od kilku lat. Kilka osób mi regularnie wypominało, że nigdy się do tego zagadnienia nie odniosłem, choć w komentarzach wielokrotnie to obiecywałem. Macie! Bierzcie i jedzcie. Choć gorzka to będzie strawa, oj gorzka, jak kompot z suszu na wigilie. To bowiem, czego autentycznie i szczerze nie trawię, to hipokryzja. To udawanie kogoś kim się nie jest po to, aby mieć dwa złote i trzy lajki więcej. To mówienie o lojalności i jednoczesne zdradzanie przyjaciół. I o tym będzie dzisiejszy wpis. Wpis, który będzie kijem włożonym w mrowisko. W mrowisko zwane sporty walki. Nie jestem tu od wczoraj i na pewne rzeczy umiem spojrzeć z dystansem. Mogę pewne rzeczy nazwać po imieniu i nie bać się konsekwencji. Najwyżej będę musiał uścisnąć kilka dłoni mniej, może to i lepiej. Na zdrowie chłopaki i dziewczyny! Czytajcie i niech wam uszy płoną.


Planeta sporty walki.

Trzeba ci wiedzieć drogi, ale niezorientowany, czytelniku, że środowisko sportów walki pełne jest tzw. „prawilniaków”. To osoby, które w prywatnej rozmowie, w co drugim zdaniu artykułują minimum dwa słowa z tej grupy: szacunek, braterstwo, dyscyplina, zasady, wierność, lojalność, honor itd. Jak to zwykle bywa, deklaracje a czyny, to dwie inne i bardzo od siebie odległe planety. Problemem jest to, że wbrew temu co środowisko fighterów o sobie myśli i mówi, jest takie samo jak większość społeczeństwa. Pełne jest ludzi małych, nikczemnych, niewdzięcznych, zawistnych, nieszczerych i zwyczajnych hipokrytów. Tak, takie jest nasze środowisko. Niczym się nie różni od innych środowisk, a powiem więcej, może nawet jest gorsze. Jeśli bowiem ktoś krzyczy o zasadach, to niech ich przestrzega. W innym wypadku naraża się na śmieszność.

Hipokryzja.

Fałszywa miłość gorsza jest bowiem niż prawdziwa nienawiść* Nie ma nic bardziej obrzydliwego, niż ludzie udający, że kogoś szanują, a później opluwający go za plecami. Widziałem to w naszym środowisku setki razy. Na ważeniu i w wywiadach: „szacunek za podjecie walki”, a w szatni: „to kutas pierdolony cwel, naszczam na niego”. Zawodnik X mówi jakim to: „parszywym frajerem jest ta przecwelona parówa” operator włącza kamerę i słyszymy na nagraniu: „dobry zawodnik, ma dużo walk, trzeba szanować jego osiągnięcia”. W twarz: “trenerze, tyle trener dla mnie zrobił”, a za plecami: “jeszcze chwilę tutaj i mu odejdę z całą grupą”. Dlatego tyle razy powtarzałem, wolę jak zawodnik wprost powie: „Dojebię ci tak, że cie rodzona matka nie pozna”, „zrobię ci dziecko”, albo „Wyśle cie na OIOM” niż sili się na udawanie szacunku. To dlatego broniłem publicznie mocnych wypowiedzi Tomka Sarary przed walką na DSFie, bo wiem, że publicznie mówił dokładnie to, co w rozmowach prywatnych. I ja to bardzo szanuje. Umiesz powiedzieć w twarz przeciwnikowi najgorszą prawdę? Brawo. Udawanie szacunku do kogokolwiek, jeśli się go tak naprawdę nie ma, jest zwyczajnie obleśnie.

Nielojalność.

Kolejny z grzechów masowo trawiących to środowisko. Ludzka pamięć jest zawodna. Pomogłeś komuś? Jeszcze wczoraj mieszkał w twoim domu, bo nie miał gdzie, jadł twój chleb, bo nie miał swojego, chodził w twoich butach i ubraniach, bo własne mu się podarły? Wyciągnąłeś do niego rękę? Wyciągnąłeś go z nałogu i pilnowałeś, żeby nie chlał? Dałeś mu pracę u siebie w klubie gdzie zarabiał dwa razy tyle co średnia krajowa? Załatwiłeś mu sponsorów i odżywki? Poznałeś go z odpowiednimi ludźmi? Załatwiałeś mu walki i nie brałeś od niego nawet grosza z gaży za pojedynek. Trenował u ciebie za darmo? Dawałeś mu kimona? Negocjowałeś gaże jak lew, nie mając z tego nic? Wysyłałeś go na szkolenia? Ogarnąłeś mu mieszkanie? Opłacałeś wpisowe na zawodach i hotele? Kupowałeś mu bilety lotnicze do Tajlandii czy Brazylii na zgrupowania? Kupowałeś mu bilety na zagraniczne zawody? Organizowałeś powitania na lotnisku? Budowałeś go medialnie i prosiłeś dziennikarzy o publikacje o nim? On odejdzie i się nawet nie pożegna. Chciałeś byś fair i nawet jak się rozstałeś z zawodnikiem rekomendowałeś go do pracy w innych klubach? Nie licz na wdzięczność i słowo dziękuję. W tym środowisku nie ma takiego słowa. Istnieją tylko pisemne kontrakty i biznes. Umowy „na gębę” które przetrwały i o nich słyszałem, mogę na palcach jednej ręki policzyć.

Oszustwo.

Jeżeli masz pomysł robić hajsy w sportach walki, przygotuj się gościu. Wcześniej czy później, a raczej wcześniej, ktoś cie oszuka. Duuuużo razy. Nie dostaniesz zawodniczej gaży za walkę, a organizator gali przestanie odbierać od ciebie telefony. Będziesz rozwieszał plakaty przez miesiąc, a po gali organizator się ulotni razem z twoją pensją. Sponsor dogadany „na gębę” odmówi wypłacenia kasy za galę. Dasz komuś treningi w kredo na pół roku, a on po tym czasie nie odpisze nawet na twoje smsy. Organizator gali nie rozliczy się ze sprzedanych biletów i zaproponuje ci wypłatę pensji w tosterach. Tak, dobrze czytasz, w tosterach. Zatrudnisz ziomka na recepcji, po pół roku doliczysz się mega manka. Zatrudnią ciebie w gymie jako projekt menadżera na próbę, próba przeciągnie się na rok, a płacenie twojej pensji przeciągnie się na dwa stulecia. Twój pracownik zacznie robić boki finansowe w klubie. Twój trener pożyczy od ciebie hajs i ci nigdy nie odda, albo wystawi cię do walki z mistrzem świata wmawiając ci, że możesz to wygrać mimo, że trenujesz dopiero rok. Jeden z twoich “ziomków” zacznie podkradać drobne kwoty w klubie, drugi przestanie rejestrować treningi indywidualne, a trzeci ukradnie ci karton klubowych koszulek. Ci dwaj goście udający twoich kolegów, których wczoraj wpuściłeś na pierwszy trening za free, ukradną ci tarcze bokserskie i hantelki. Mam dla ciebie radę dzieciaku, w tym środowisku - PKU.

Pycha.

Jeszcze wczoraj smarkacz stawiający w klubie pierwsze kroki. Dziś potrafi do swojego trenera napisać: „chuj mnie to obchodzi”. Potrafi nie podawać ręki swoim kolegom klubowym, bo chodzą na grupę do trenera z którym się pokłócił. Potrafi knuć rozłam wewnątrz macierzystego klubu, który go wychował. Chodzi jak szczur i podburza: „co ten trener wie”, choć sam ma pół belki i na niebieskim pasie. Przychodzi na zajęcia do trenera którego nie lubi, ale trenuje sobie sam w kącie sali, tak pokazuje swoją “pozycję”. Potrafi publicznie powiedzieć o swoim trenerze „a jak się chuj będzie rzucał, to go do lasu wywiozę”. Namawia ludzi do odejścia z klubu. Wie wszystko najlepiej, choć do trenera którego pozycję kwestionuje, nie ma startu. Ani w wymiarze sportowym, ani w wymiarze ludzkim. Wbił go w pychę fakt, że zdobył brązowy medal na mistrzostwach Parzęczewa w kategorii masters 3 białych pasów. Do czarnego pasa ze swojego klubu potrafi publicznie napisać w mediach społecznościowych, żeby na seminarium: „pokazał cycki”. Zero poszanowania klubowej hierarchii i starszych stażem. Przy każdej(!) okazji wbije ci publicznie szpilkę, a zapytany po co to robi: „no co ty mordo na żartach się nie znasz? heheszki takie mordo. trolololo”.

Czy zabił lokaj.

Gdzie leży zdarzeń przyczyna i kto jest winny. Pytanie jak w każdym porządnym kryminale. Nie poznamy bowiem prawdy, nie znając przyczyny** Wielu wypadkach winien jestem ja, bo zaufałem niewłaściwym ludziom i tolerowałem uporczywe przesuwanie granic. Metodą małych kroków doprowadzono mnie w miejsce, w którym nigdy bym się nie chciał znaleźć. Winien jestem ja, bo w imię pozytywnego klimatu wewnątrz obecnego klubu, pozwoliłem na przekraczanie kolejnych granic i podważanie klubowej hierarchii. Winien jestem ja, bo chciałem mieć spokój i myślałem, że wystarczy godziwie płacić i być w porządku. Winien jestem ja, bo ślepy na sygnały dawałem sobą manipulować. Winien jestem ja, bo jak słyszałem gdakających hipokrytów myślałem: „nie moja sprawa, nie mówią o tobie, nie wpierdalaj się Grzechu”. Winien jestem ja, bo bałem się wymagać i chciałem tylko dawać. Myślałem, że tak zdobędę szacunek i lojalność. A tak się nie zdobywa szacunku. Winni są też inni, ale nie czuję się kompetentny oceniać kto i jak. Niech każdy ocenia sam siebie.

Jak żyć panie premierze?

Nasze środowisko, to nie jest przystań dla szlachetnych rycerzy. Są w nim zarówno ludzie dobrzy i szlachetni, jak i ci źli i podli. Dziś pisałem o tych drugich, ale pamiętam, że są też ci pierwsi i że na szczęście jest ich większość. Oni mi dają nadzieję, że warto coś tu jeszcze robić. A Ty, wbity w pychę zarozumialcu? Ty przestań dla dwóch złotych i trzech lajków udawać kogoś kim nie jesteś. Mnie nie nabierzesz. Przestań oszukiwać tych którzy ci pomogli w życiu. To niewdzięczne. Przeliteruj sobie słowo lojalność, może kiedyś będziesz jej potrzebował. Nie wynoś się ponad tych którzy trenowali, jak ty nie wiedziałeś co to jest kimono. A ja? Ja będę robił wszystko, żebym nie zapomniał, dzięki komu doszedłem tu, gdzie jestem teraz. Nie zawdzięczamy bowiem, wbrew temu co lubimy często powtarzać, wszystkiego sobie. I obym ja zawsze o tym pamiętał.


PS. To opis moich wielu lat doświadczeń w środowisku sportów walki. Nie piszę w tym wpisie o jednej konkretnej osobie, tak złego człowieka chyba nie ma. Przynajmniej taką mam nadzieję. To zlepek kilkudziesięciu prawdziwych postaci i wydarzeń. Wszystkie cytaty zamieszczane w cudzysłowach są autentyczne.

*Alfred de Musset

**Arystoteles