Kto i kiedy mi zaimponował, oraz co łączy wytrwałość, Wielkanoc w Brazylii, sushi, plaże i otrzymanie czarnego pasa w brazylijskim jiu jitsu?

Na zdjęciu bohater dzisiejszego wpisu, po prawej w czarnym kimonie, razem z Jędrzejem Loską, głównym trenerem bjj w Academia Gorila Polska

Na zdjęciu bohater dzisiejszego wpisu, po prawej w czarnym kimonie, razem z Jędrzejem Loską, głównym trenerem bjj w Academia Gorila Polska

Dziś miałem napisać trzy słowa o reportażach z Urugwaju, ale zabłąkałem się do swojego klubu, w którym akurat trwało seminarium BJJ (to taki sport walki w którym ludzie w kimonach próbują sobie oderwać ręce, nogi i głowy) z moim kolegą ze Śląska Robertem Henkiem (serdecznie pozdrawiam). Przyszedłem w połowie uroczystości nadawania wyższych pasów zasłużonym jiujitseros. Tak w BJJ są pasy, podobnie jak w innych sportach z korzeniami na dalekim Wschodzie, ale pasów tych nie można kupić. Trzeba na nie zasłużyć, a póki co haniebna praktyka masowego(!) sprzedawania czarnych pasów, do BJJ jeszcze nie dotarła. Tak więc przyszedłem do Academia Gorila i patrzę nie bez dumy, jak moi koledzy i sparingpartnerzy otrzymują wyższe pasy. Jeden z nich otrzymał stopień mistrzowski, pas czarny.

Tym kimś jest Tomek Rytel. Najbardziej cichy i spokojny facet jakiego znam. Jeden z najbardziej pracowitych gości jakich znam. Mijaliśmy się w klubie setki razy, wymieniając zwykłe w takich przypadkach uprzejmości. Co tam, jak tam, jak forma, kiedy jakieś starty, gratuluje medalu, jak waga itd. Zwykłe sportowców w szatniach rozmowy. Tomek z reguły trenował rano, bo później cały dzień ciężko pracował w gastronomii. Kto pracował w gastro, ten wie jak ciężko jest pogodzić codzienne treningi z robotą. W momencie kiedy przestałem prowadzić poranne treningi, widywałem Tomka rzadziej. Wiedziałem jednak, że wciąż praktycznie codziennie trenuje mimo, że założył rodzinę. I nadal kosi medale na zawodach, rozszarpując swoich przeciwników. Patrzyłem jak na jego biodrach Jędrzej Loska wiąże czarny pas i przypomniałem sobie pewną historię z Tomkiem związaną.

Kilka lat temu byliśmy razem na obozie treningowym w Rio de Janeiro. Dla większości z nas, był to pierwszy raz w Brazylii. Pojechaliśmy mega mocną paką razem z Marcinem z BJJ Explorer. Swoją drogą polecam taki wyjazd każdemu jiujitsero, mega sprawa. Staraliśmy się połączyć treningi w klimacie przypominającym saunę, ze zwiedzaniem miasta, imprezami, poznawaniem ludzi, chodzeniem na plażę i pływaniem. Czasami wszyscy rezygnowaliśmy z treningów, bo była okazja zobaczyć jakieś „cuda niewidy” w faveli, czy pojechać na śliczną plażę gdzieś daleko. Wszyscy, ale nie Tomek. Tomek, z którym mieszkałem w jednym pokoju, nie opuścił żadnego treningu. Żadnego. Trenował cały camp dwa razy dziennie. Nie odmawiał nikomu sparingu mimo, że waży 66 kilo, a czasami zapraszały go do tańca czarne pasy po 120kg, dla których gringo, to był poligon doświadczalny do testowania atomowych wybuchów… Często rano otwierałem zmęczone oko, żeby zerknąć kto o takiej barbarzyńskiej porze zrywa się na trening i widziałem Tomka, jak po cichutku bierze kimono i zasuwa na poranną grupę do Checkmatu. To było inspirujące.

Tomek zaimponował mi również czymś innym. Nie tym, że jak z nim walczyłem, to mimo przewagi kilkudziesięciu kilo na moją korzyść, potrafił mnie fizycznie zajechać, a o sile jego uchwytu krążą w klubie legendy. Nie tym, że zawsze miał porządek w rzeczach, nawet w naszym małym klaustrofobicznym pokoju. Nie tym, że robi doskonałe sushi, bo pracuje jako shusi master i uczył nas w Rio, jak zrobić ten japoński specjał. Tak na marginesie, to ja nienawidzę sushi 😀 Zaimponował mi tym, że jak byliśmy w Brazylii, to akurat wypadały święta Wielkanocy. Raczej nie było z nami osób wierzących i traktowaliśmy ten czas, jak każdy inny zwykły dzień. Poszliśmy na plażę, zrobiliśmy treningi, jedliśmy tropikalne owoce i piliśmy koktajle. Nie było klimatu wiary, postu, jajek i tradycji. Tomek jako jedyny z całej ekipy wybrał się tego dnia do kościoła. Nikogo nie namawiał, nie gadał o tym, po prostu sprawdził sobie w necie, gdzie jest kościół i tam poszedł. I mi, osobie niewierzącej, bardzo tym zaimponował. Bowiem nie musiał, bo nikt na nim nie wywierał presji, bo miał inne lepsze rzeczy do roboty, bo byliśmy na drugim końcu świata, bo była plaża i słońce. A on wybrał coś innego, niepopularnego. To świadczy o ogromnej sile charakteru.

To najczęściej takie osoby, obdarzone niezwykłą siłą woli i pracowite, dochodzą do mistrzowskiego poziomu w sporcie. Gratulację Tomek. Jesteś as!!!

PS. Gratuluję też innym promowanym na wyższe stopnie: Andrzejowi, Rudemu, Piotrkowi, Markowi. Super chłopaki, niedługo do was wracam! :)

sport, podrozeGrzegorz Sobieszek