Przegrać bitwę, by wygrać wojnę - o co tak naprawdę walczą zawodnicy, czyli przypadek Michała Materli.

1.jpg

Kurz po bitwie nazwanej KSW 49 powoli opada. Zanurzam się więc w odmęty internetu, choć wiem, że dla własnego zdrowia psychicznego nie powinienem tego robić. Jednak to silniejsze ode mnie, a ponadto dobrze wiedzieć co w sportowej trawie piszczy.

Czytam komentarze fanów i „fanów”. Śledzę dyskusje na forach branżowych i zapoznaje się z opiniami znawców i „znawców”. Nie napiszę, że jestem zaskoczony, bo nie jestem. Ludzie w przeważającej części to kretyni nie znający się na MMA, ale to jeszcze jestem w stanie wybaczyć. Nie każdy bowiem musi się znać na wszystkim, choć dla jakości debat internetowych byłoby dobrze, gdyby każdy choć trochę(!) znał się na rzeczach które komentuje. Tak jednak nie będzie. Jak świat światem, ludzka głupota jest równie ofensywna co styl walki Roberto Soldica, a umiar, rozsądek i ostrożność w wyrażaniu opinii przypominają raczej: żółwia skrzyżowanego ze ślimakiem. Nie dość, że dziwaczne, powolne i nierzucające się w oczy, to jeszcze zwyczajnie nudne.

Jest jednak rzecz której wybaczyć nie mogę i tolerować nie zamierzam. Tak jak kościół katolicki ponoć nigdy nie wybaczy grzechu przeciwko duchowi świętemu, tak ja nie wybaczę „fanom” grzechu idiotycznej pychy. Ta pycha, to obrzucanie zawodników pokroju Materli czy Kaszubowskiego błotem. Nazywanie ich w komentarzach „zgwałconymi pizdami” i odsyłanie na śmietnik sportowej historii. Ja zapytam, retorycznie ale zapytam, czy przegrać z fighterem tej klasy co Scott Askham lub Roberto Solidc to wstyd? Czy to ujma na honorze, wejść do klatki z najniebezpieczniejszymi ludźmi, jacy tego dnia znajdowali się w Ergo Arenie i przegrać? W sportowej walce, po wyczerpujących wielomiesięcznych przygotowaniach, na oczach tysięcy ludzi stanąć oko w oko z innym sportowcem, stoczyć bój do ostatniego tchu i przegrać to wstyd? A może wstydem jest pisanie o wojownikach pokroju Michała: „celebryta dojechany i to przez odpadek z UFC”.

Świata nie zbawię i nie zamierzam, takie komentarze będą zawsze. Mam do takich sytuacji swoje podejście i pomaga mi w tym stare polskie powiedzenie - Bóg z nami, chuj z nimi. Chcę tylko napisać, że w sporcie przegrana naprawdę o niczym nie decyduje. W długofalowej perspektywie bowiem, zawodnicy nie walczą o nieskazitelny rekord. Walczą o to, aby ich imię zapisało się na kartach sportowej historii i w ludzkiej pamięci. Nawet, jeśli pamięć ta jest krótka i równie niewdzięczna jak cała ludzkość, to i tak przegrana walka O NICZYM istotnym nie decyduje. Przegrana walka tylko ujawnia charakter z jakiego jesteśmy wykuci.

Nie lubimy nieskazitelnych bohaterów, bo nie możemy się w nich przeglądać. Lubimy ludzi z krwi i kości, którzy mimo, że przegrywają, to prą naprzód. Omylni, błądzący, potykający się i przegrywający, ale uparci i nie poddający się. To tacy są dla nas punktem odniesienia i życiowym azymutem. Nie dotyczy to tylko sportu, porażka jest przecież wpisana w nasze zwykłe codzienne życie. Michał Materla może być wzorem dla wielu młodych ludzi. Tak przegrał walkę, ale wygrywa wojnę, zapisuje się bowiem w ludzkiej pamięci, jako sportowy bohater.

Nie przyłączam się do tego chóru wykastrowanych komentatorów piszczących cienko: „kończ karierę Materla”. Wiecie dlaczego? Taka walka, to przecież tylko jedna bitwa. Dla mnie Michał jest sportowym imperium budowanym z mozołem przez lata treningów. A jak pokazuje historia, imperia nie chwieją się od jednego ciosu. Nawet jeśli jest to bolesny cios.